Nogi
mnie niosą przez dżunglę zieleni,
Lian
i storczyków, i bandy goryli.
Wreszcie
dotarłem w ten ogrom przestrzeni,
Pauza, by poznać, jak pierwej żyli
Czarni rodzice wszech cywilizacji.
Pauza, by poznać, jak pierwej żyli
Czarni rodzice wszech cywilizacji.
Dymu ciemnego się zapach unosi,
Przedziera
przez skały i wilgotną ziemię,
I słyszę, spod gleby powierzchni zanosi
I słyszę, spod gleby powierzchni zanosi
Swe
modły przy ogniu afrykańskie plemię.
Dłońmi
delikat, wręcz eterycznymi,
Ten
dym, co się zbudził ze śpiączki wiekowej,
Ziemi warstewki odtrąca wciąż nowej
Ziemi warstewki odtrąca wciąż nowej
Z
drogi ku górze; dziejami dawnymi
Jest
on wysycony jak drewno ligniną,
Kształtuje
w początków sapiensa obrazy,
Gdy
homo rozumny ganiał za zwierzyną,
Gdy
matka mej matki tworzyła wyrazy.
Dźwięki
pierwotne, bez zbędnej agresji
W miksturze najpierwszej faun/flory dziś brodzą,
W miksturze najpierwszej faun/flory dziś brodzą,
W
ścisku podziemnym przez tłumy przechodzą.
Zrywają
haczyki tych stu głosów presji,
Gdy
dotrą do uszu niosących ich masę,
Wytoczą się z ziemi, przebędą swą trasę
I przetną maraton szczur-człeka, mój bieg,
Wytoczą się z ziemi, przebędą swą trasę
I przetną maraton szczur-człeka, mój bieg,
Wycisną
z małżowin zabity w nich ćwiek.
Wraz z nutą ulotną, co djembe wydziela,
Wraz z nutą ulotną, co djembe wydziela,
Paruje
koncepcja i wiedza z głębiny.
Im
dłużej to chłonę, tym mniej onieśmiela
Mnie
cała ta wizja, gdy ucieka z gliny
Zebranych
doświadczeń calutkie skupisko,
Grzebanych
przez wieki pod ziemią czerwoną,
Zachwyca
mnie czucie, że z chwilą skończoną
Spamiętam
halucyn, spamiętam to wszystko.
Nade
mną spoczywa brzuszysko kosmosu,
Leniwco-stwora,
co niegdyś ze stosu
Galaktyk
był złożon, stężonych w punkciku...
Zachwyt mnie ściska, nie trzeba mi krzyku,
Bo w duszy mam żywy znów Afryki śpiew,
Zachwyt mnie ściska, nie trzeba mi krzyku,
Bo w duszy mam żywy znów Afryki śpiew,
Gdy
widzę jak w worze rozrywa się szew,
W worku skał planet i ogonów mroźnych,
W worku skał planet i ogonów mroźnych,
Zdobiących
ciało tych komet niegroźnych,
Co leją się w próżni w miliony stron nieba,
Co leją się w próżni w miliony stron nieba,
Ta
gwiazd zawiesina, co karmi me zmysły.
Powrotu
w korzenie, och, tego mi trzeba,
By
kosmos i dżungla z mych myśli nie prysły,
Gdy
wrócę do dziennej wędrówki przez Ziemię.
***[9 lutego 2014] Całkiem pozytywne widzenie, niekoniecznie rzeczywistości, ale widzenie, które ostatnimi dniami nasiliło się w stopniu szczególnie dużym, świadomość tego, że w przyrodzie naprawdę nic nie ginie, że to, co było kiedyś, jest wciąż z nami, „że obieg pierwiastków w przyrodzie”, że część przeszłości jest pogrzebana pod warstwą ziemi i po prostu czeka, żeby powrócić do życia pod inną postacią, w końcu fascynacja muzyką amerykańskiego zespołu Cynic, te czynniki skłoniły mnie do opisania takiej oto wizji, która w minionych dniach lutego nie dała mi spokoju, co cieszy mnie niebywale.***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz